niedziela, 25 kwietnia 2010

Miejsce niezwykłe


Wracałem od kolegi spod Sławna z Żukowa, labiryntem bocznych dróg w kierunku pradoliny Grabowej. Mijałem zapomniane miejscowości, które kiedyś tętniły życiem junkierskich majątków i realnego socjalizmu. A teraz nie ma ani niemieckich dziedziców, ani polskich sekretarzy i tylko buki na stokach pradoliny wciąż rosną potężne.
Jadąc na przełaj dotarłem do Sulechówka. Szukałem miejsca, o którym słyszałem, że są tam pozostałości jakiejś kaplicy. Zaparkowałem w głębokim jarze, którym droga przebijała się przez zbocze i zacząłem poszukiwania.
Początki nie były obiecujące, bo na wiejskim cmentarzu dominowały tylko nowe groby. Dopiero pomoc spotkanych osób, zwróciła moją uwagę na przeciwległe wzgórze po drugiej stronie drogi. Słabo widoczna ścieżka wznosiła się do góry i dopiero po chwili zorientowałem się, że idę starą zarośniętą drogą.
Na szczycie zbocza wyrósł nagle przede mną kamienny wysoki krucyfiks...
Tak trafiłem na mauzoleum rodu von Schlieffen.
Miejsce niezwykłe, w którym kiedyś musiało być pięknie.
Krzyż jest otoczony lekkim półkolem przez mur z piaskowca, na którym wciąż widać wyryte słowa. Około dwudziestu metrów dalej wznoszą się pozostałości kamiennej kaplicy na szczycie której, znajduje się pusta ceglana budowla. Kiedyś sprzed niej musiał roztaczać się rozległy widok na dolinę rzeki Grabowej. Teraz całość zarasta las.
Największe wrażenie robi na mnie jednak piękna figura Chrystusa na krzyżu. Gdy robię zdjęcia słońce wędruje po jego twarzy, zalewając je światłem lub chowając w cieniu. Figura ma urwaną jedną nogę, a głęboki doły tuż obok, są dowodem profanacji grobowców.

Zbieram się do powrotu i w tym momencie, nagle odzywa się dźwięk dzwonu z kościoła w dole.Tylko on nie zapomniał o tych którzy tu leżą...

sobota, 24 kwietnia 2010

Dobra energia Dobrzycy


Wyruszyliśmy dziś w dwa samochody do Dobrzycy, aby wziąć udział w przeglądzie zespołów ludowych, które działają w powiecie koszalińskim.
Moje proste skojarzenia sprzed wyjazdu: Dobrzyca - Ogrody tematyczne "Hortulus" - gmina Będzino.Teraz mogę dodać - duża piękna wiejska sala.
Miejsce, którego mogą pozazdrościć inne gminy
, a przecież przed wojną takich sal były dziesiątki.Były przeważnie zlokalizowane przy gasthofie, który istniał w niemal każdej wiosce.
W tej sali mieliśmy dziś przyjemność wystąpić i zaśpiewać po polsku, czesku i słowacku, czyli pokazać coś co odróżnia "Złotego Dukata" od pozostałych uczestników.
Widziałem, że "Isla Marina" i "Tancuj, tancuj", pociągnęło publiczność, która potem szczerze gratulowała naszym dziewczynom występu. Zawsze po udanym występie jest adrenalina i wtedy właśnie najlepiej wychodzą roześmiane zdjęcia...

Przeczytałem kiedyś, że aby zachować młodego ducha, należy otaczać się entuzjastami.
I dziś przez kilka godzin byłem wśród kilkuset ludzi, starszych wiekiem, ale młodych duchem. Żebyście widzieli ten wigor i radość, te wszystkie kolory, który każdy zespół wnosił na scenę i które potem udzielały się wszystkim.

Pod koniec imprezy podeszła do mnie i przytuliła się zapłakana starsza pani. Zadzwoniono do niej właśnie, że zmarł jej krewny, Wojciech Siemion. Człowiek legenda, ten który uosabiał polską kulturę ludową.
Uczciliśmy go minutą milczenia, lecz myślę, że JEMU bardziej by odpowiadała ......MINUTA ŚPIEWU.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Wiersz ks.Twardowskiego


"Jest taka Matka Boska
co nie ma kaplicy
na jednym miejscu pozostać nie umie
przeszła przez Katyń
chodzi po rozpaczy
spotyka nie wierzących
nie płacze
rozumie"

Oficjalna żałoba skończyła się w niedzielę, ale flagi z kirem u mnie wciąż wiszą.
I będą wisieć, dopóki ostatnie zwłoki nie powrócą do Polski.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Post scriptum


Zaskoczyła mnie swym pięknem msza żałobna w Bazylice Mariackiej w Krakowie. Zaskoczyły mnie mądre słowa kardynała Dziwisza. Zaskoczył mnie niezwykły śpiew chóru.
Zaskoczył mnie brak przedstawiciela Watykanu i zaskoczył mnie przylot prezydenta Rosji, który zaryzykował przylot...
Wieczorem oglądam powtórkę dyskusji Rosjan, która odbyła się po pierwszej prezentacji filmu "Katyń" w ich telewizji 2 kwietnia. Było to jeszcze przed spotkaniem Tuska i Putina 7 kwietnia i katastrofą 10 kwietnia. Rozmowa jest długa,zaskakuje mnie swą otwartością na prawdę.Film czekał, aż trzy lata od swej premiery, aby mogli go tam wyemitować. Mimo to ważne jest teraz, że zdążyli to zrobić PRZED ...

Nasze post scriptum dla tego czasu, to dzwięk dzwonu, który odezwał się wczoraj o 8.56 w Węgorzewie. Gdy rano wyszedłem na słońce przed dom, słyszałem wyraźnie jak przebija się wśród zawodzenia syren. To dzwonił 11-letni Damian. W przeddzeń poprosiłem go, aby zrobił to dokładnie o tej porze w sobotę tak jak w całym kraju, nie był zaskoczony ...

czwartek, 15 kwietnia 2010

Bracia braci Legun



Powoli smutek tężeje i czas oderwać się od telewizyjnego ekranu. Trzeba być wśród ludzi, aby zaznaczyć swój udział we wspólnocie, bo wtedy TO WSZYSTKO nabiera sensu.

Dziś odbyła się specjalna sesja w sianowskim ratuszu, poświęcona ofiarom katastrofy i upamiętnieniu zbrodni katyńskiej. Prosta i godna uroczystość, bez nadmiernego patosu. Dobrze, że TAM byłem, bo mogłem usłyszeć jak zwykli ludzie śpiewają hymn narodowy i zobaczyć w nich siebie...
Wieczorem zaś znalazłem się w koszalińskiej katedrze. Marcel i Nikodem Legun dali tam specjalny koncert, będący wyrazem ich żalu. Ale zanim zaczęli śpiewać, przemówił biskup Dajczak. Mówił mądrze i ciepło, tak jak powinno się mówić do ludzi w żałobie. Powiedział coś jeszcze, że katedry są takie jakby budowano je z muzyki.
A potem, a potem stało się tak jak mówił...
Bracia zaczęli śpiewać i unieśli nas do innej rzeczywistości.
Tak to prawda - Oni są z innego wymiaru, brak im tylko skrzydeł...

Już po ciemku zaglądam pod tablicę ogłoszeń w Węgorzewie. W niedzielę zawiesiłem tam zdjęcia prezydenckiej pary i pozostałych ofiar. We wtorek zapaliłem pod nią mały znicz, a teraz widzę, że jest ich tam więcej.

Sianowski ratusz, koszalińska katedra, węgorzewski chodnik - wszędzie tam spotkałem dziś Braci Legun ...

niedziela, 11 kwietnia 2010

"Boże coś Polskę"

Na koniec mszy w Węgorzewie zabrzmiały słowa hymnu "Boże coś Polskę". Śpiewając je dziś, czułem, że jest to właśnie taka chwila w naszych dziejach, gdy słowa....

"Boże coś Polskę przez tak liczne wieki
Otaczał blaskiem potęgi i chwały
Coś ją osłaniał tarczą swej opieki,
Od nieszczęść które pognębić ją miały"

.... nie są tylko pustymi słowami.

Myśli wszystkich obracają się wokół ofiar katastrofy lotniczej, nieszczęścia które spadło na Polskę tak niespodziewanie. Podstawowym pytaniem jest dla wielu "dlaczego tak się stało?"
Na to pytanie i ja nie znam odpowiedzi, ale wiem, że bez tej tragedii, miliony Rosjan nie miały by szansy zobaczyć dziś wieczorem w telewizji filmu "Katyń". To ważne, bo dzięki temu prawda o tej zbrodni dotrze do zwykłych ludzi do Griszy i Saszy, którzy być może dzięki temu nie tylko zrozumieją nas Polaków, ale być może zaczną rozumieć, że zło można nazwać i oprawców można wskazać.

A to ważne, bardziej dla rosyjskiej duszy, niż dla polskiej, bo miliony ich WSPÓŁBRACI nie mają nawet cmentarzy.

sobota, 10 kwietnia 2010

Katyńskie fatum

Trudno zrozumieć to co się stało, w taki dzień i w takim miejscu...

Jedno słowo przychodzi mi do głowy, uświadamiam sobie, że to byli NASI.
W takich chwilach znikają symbole polityczne, nie ważne są biografie ofiar, antypatie i sympatie.
Pojawia się poczucie wspólnoty, poczucie, że utraciliśmy Naszego Prezydenta i Naszych Rodaków. NASZYCH.
Teraz nagle łatwiej poczuć, że leżący tam od 70 lat oficerowie, to nie tylko krewni Rodzin Katyńskich, to też NASI żołnierze. Polskie wojsko, które chciano wymazać z NASZEJ pamięci.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Dobrowo i von Kleist


Zupełnie przypadkiem (jak ja lubię te przypadki), zauroczony wiosennym słońcem, postanawiam wracać z Białogardu inną trasą niż zazwyczaj. Tym razem zapuszczam się na alternatywną drogę która prowadzi mnie na południe i tak trafiam do Dobrowa.
Tu zaskakuje mnie nagle widok wielkiego pałacu, o którym nic nie wiem.

Pałac MIAŁ szczęście, bo po wojnie ulokowano w nim szkołę, a przecież mogli spalić go sowieci, lub mogły zapuścić władze PGR-u.
Piszę miał, bo niestety przy bliższym zapoznaniu się z nim, widać wybite szyby w drzwiach, wyrwane kraty w piwnicy... Niechybny znak, że zaczęło się już patroszenie.

Tą wiedzą dzieli się ze mną młoda mieszkanka Dobrowa. To od niej się dowiem o pewnym kompozytorze, który po kupnie pałacu, swe wizje rozcieńczył w wódce. Ale też ona dopowie mi, że pałac do 1945 r należał do strego rodu von Kleistów, którzy na Pomorzu trwali przez 700 lat !!.
Chodząc po zrujonowanych pokojach z których wydarto już kaloryfery, natrafiam na folder znanego śląskiego zamku w Książu i kalendarz ścienny z widokiem "Bursztynowego Pałacu" w Strzekęcinie.
Pewnie takie miał wizje, ten który pałac kupił.
Czegoś jednak zabrakło, aby ten plan zrealizować.
Najpewniej zabrakło charakteru ...

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Idę w góry ...


"Idę w góry, cieszyć się życiem,
oddać dłoniom halnego włosy,
w szelest liści wsłuchać się pragnę
w odlatująych ptaków głosy..."

Postanowiliśmy wyłamać się z polskiego schematu spędzania świąt za stołem przy TV i w wielkanocny poniedziałek spakowaliśmy z Beatką plecaki i ruszyliśmy w nasze góry, które zaczynają się ... 4 kilometry od Węgorzewa !
Pasmo Góry Chełmskiej, które wypiętrza się już za Maszkowem ciągnie się na długim pofałdowanym wałem na odcinku ok.12 kilometrów z północy na południe. Morenowe zbocza bywają miejscami bardzo strome i przypominają trochę dolne partie naszych Beskidów. Wiele zalesionych wzgórz i dolin tworzy trudny topograficznie teren w którym łatwo się zgubić.
Szlaków turystycznych mało, dobrych map brak, infrastruktury turystycznej brak, czyli idealne warunki do włóczęgi w nieznane.
Startujemy o 13.30 z Maszkowa i po 1,5 godz trawersu Mont Chełmskiej jesteśmy w Dzierżęcinie. Powrót drogą do Lubiatowa i znów "na szagę" w las, aby dotrzeć do j. Policzko. Stamtąd już blisko i o 18- tej meldujemy się w Maszkowie w punkcie wyjścia.
Cała trasa zajęła mam 4 i pół godziny.
Tylko 4 i pół godziny, ale po drodze były zaloty i klangor żurawi, skok jelonka, widok na jezioro w dole z gorącym kubkiem herbaty, klucz gęsi, para łabędzi, zapach sosnowego drewna na zrębie...

A co "straciliśmy" w tym czasie ?
Same odgrzewane hiciory: "Beethoven 2" TVP1, "I kto to mówi III" Polsat, "Astreix i Obelix" TVP2, "Vabank" TVN

środa, 31 marca 2010

Wielki Tydzień


W pogoni za zakupami na świąteczny stół, w pasji mycia okien, pieczenia ciast i zapełniania lodówki tracimy kontakt z rzeczywistością, która nie wymaga pośpiechu, ale skupienia, po co to wszystko ?
Zastanawia mnie prosty fakt, dlaczego nie przeszkadza wierzącym Polakom to, że Wielki Piątek nie jest dniem wolnym od pracy? Przecież, gdy mamy pogrzeb w rodzinie to bierzemy dzień wolny, a ten dzień to przecież TAKI DZIEŃ.
Co ciekawe Wielki Piątek jest dniem wolnym w krajach, które przywykliśmy uznawać za zlaicyzowane. I tak oprócz Wielkanocy i Poniedziałku Wielkanocnego również Wielki Piątek jest dniem świątecznym w: Hiszpanii, Danii, Finlandii, Portugalii, Norwegii, Niemczech, Szwecji, Kanadzie, Słowacji, Wielkiej Brytanii, a także w wybranych regionach Szwajcarii,Irlandii i Austrii ... pisać dalej?

Polskę natomiast zafundowała sobie debatę w sprawie przywrócenia jako wolnego dnia Święta Objawienia Pańskiego, które przypada 6 stycznia i znane jest potocznie jako Trzech Króli. I tak oto po ochach i achach, parlament przegłosował tę sprawę obdarowując wyborców od 2011 r nowym wolnym dniem. Ale czy ten dzień jest najważniejszy dla chrześcijan?
Warto w natłoku "ważnych świątecznie" spraw zatrzymać się i uchwycić SENS tego co to znaczy Wielkanoc, dlaczego jest ta NOC WIELKA, co My tak naprawdę świętujemy?

Bez krzyża w Wielki Piątek, nie ma Zmartwychwstania, a bez Zmartwychwstania nie ma Chrześcijaństawa.

sobota, 27 marca 2010

Heinz und Gudrum

Wyciągnąłem wczoraj ze skrzynki pocztowej kartkę wielkanocną, którą wysłali mi Heinz i Gudrum Gors. Ludzie, którzy nie mówią w moim języku, ale którzy są stąd, z Węgorzewa ...
A są stąd, bo się tu urodzili, Heinz w Węgorzewie, a Gudrum w Kusicach. Było to przed wojną, która zmiotła granice i która odcisnęła swoje piętno na losach milionów ludzi.
Ci Polacy którzy pochodzą z Kresów, potrafią chyba najlepiej zrozumieć, co oznacza utrata domu rodzinnego i zerwanie ze swą małą ojczyzną, którą zostawili na Polesiu, Wołyniu, we Lwowie lub Wilnie. Dla nich utrata ta nie była dobrowolnym porzuceniem swych domów, oni wyboru nie mieli, to za nich zdecydował Wujek Stalin.
A czy chłopiec urodzony w 1930 r w Vangerow miał wybór?

Znamy się krótko (dopiero od ubiegłorocznych wakacji), ale czuję, że życzą tej naszej miejscowości jak najlepiej. I na takiej życzliwości prostych ludzi warto budować tożsamość Węgorzewa. Tożsamość bez lęku, która pozwala dostrzec w nich nie obcych, a sąsiadów z Vangerow.

czwartek, 18 marca 2010

Gra muzyka w Węgorzewie !



Oj, działo się, działo !
TU można zobaczyć film:
http://www.youtube.com/watch?v=Vs9B5M5IPpY

To właśnie było To O Co Chodzi - rozśpiewana wiejska sala, pulsująca pozytywną energią. Tak właśnie będą mi się kojarzyć WARSZTATY MUZYCZNE: "Gra muzyka w Węgorzewie".
Trzy zespoły ("Złoty Dukat", "Bursztyny", "Zalesie") i dwóch akordeonistów urządziło sobie muzyczne biesiadowanie przy wspólnym stole, śpiewając swoje najlepsze kawałki.
Kiedyś na wsi spotykano się i wspólnie śpiewano, potem muzyka mechaniczna wyparła swojskie nuty, a i słowa gdzieś uleciały...
To co robimy, jest właśnie tym, czym powinna być prawdziwa odnowa wsi polskiej, bo odnowa to przede wszystkim odnowa wspólnoty. Dokładnie to właśnie udało się dziś zrobić. Zebrać przy jednym stole, przedstawicieli różnych miejscowości, ba różnych generacji i spowodować, że razem poczuli jaką radość i siłę daje wspólny śpiew.
No i że jest co śpiewać !
Fajnie, że przyszły też posłuchać nasze kobitki z Węgorzewa (gdzie indziej mają dla kobiet 8 MARCA, a my mamy dla nich 18 MARCA !) i widziałem, że udzieliła im się atmosfera.
I tak oto oficjalnie "ze śpiewem na ustach" powitaliśmy wiosnę w Węgorzewie. Troszkę wcześniej, niż w całym kraju, ale nie powinno to już nikogo dziwić, bo U NAS wiele rzeczy dzieje się wcześniej!

poniedziałek, 15 marca 2010

Żelazna kaseta

W "spadku" po mojej poprzedniczce, dostałem pieczątkę, starą tabliczkę z napisem "Sołtys" i ... żelazną kasetę!
Sięgam po nią cztery razy do roku, wtedy gdy wyruszam do świetlicy wiejskiej kasować podatki od nieruchomości położonych na terenie Węgorzewa. Dziś był pierwszy taki dzień, następne będą 15 maja, 15 września i 15 listopada.
Ten przywilej zbierania czynszów przez sołtysów jest niezwykle stary, bo pojawia się już w średniowieczu wraz z urzędem sołtysa w wioskach lokowanych na prawie niemieckim. Ciekawe, że w ciągu 800, 700 lat zmieniły się garnice, ustroje, wyznania, wszystko - a sołtysi wciąż robią swoje!
Po trzech latach urzędowania i ja niezłą mam wprawą. Wypisywani pokwitowań idzie tak sprawnie (to już 13-ty raz !), aż trudno mi uwierzyć w emocje, które powodowały kiedyś, że zasychało mi w gadle.
I tak powoli żelazna kaseta zapełniła się podatkami, które jutro jak za feudalnych czasów zawiozę do zamku .... tzn. do ratusza oczywiście !

sobota, 13 marca 2010

Kolosy 2009


Właśnie wróciłem z Gdyni, gdzie brałem udział w XII Spotkaniach Podróżników, Żeglarzy i Apinistów , (popularnie zwanych od przyznawanych nagród - Kolosami). Impreza z roku na rok rozrasta się i przyciąga setki widzów, którzy uczestniczą przez trzy dni w darmowych pokazach.

czwartek, 11 marca 2010

Dzień Sołtysa -11 marca


Już raz mi się o uszy obiła ta data, ale zupełnie o niej zapomniałem...
...aż tu nagle przypomnieli mi o niej moi rowerowi przyjaciele z Koszalina.
Zadzwonili, zamailowali i nawet dostałem specjalny wierszyk. Fajnie, dzięki za pamięć.
Tak myślę sobie,że gdy nawet przestanę być sołtysem, to niektórym będę się z tą funkcją nadal kojarzył.

No cóż, taki był mój wybór i nadal uważam, że lepiej być szefem wioski, niż małym trybikiem w korporacyjnej maszynie.

środa, 10 marca 2010

Ekologiczne odkrycie !


Dziś miałem spotkanie w sprawie przepustu pod drogą do Sianowa, który zgłosiłem do sprawdzenia na początku roku. Jest on zamulony i niedrożny przez co podnosi się stan wody na torfowisku przed przepustem i zalewana są sąsiednie tereny.
Procedura wymagała obecności przedstawiciela Urzędu Gminy, Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych i Starostwa Powiatowego.
Postanowiłem przy okazji wykorzystać obecność specjalistów od melioracji i pokazać im nasz staw, co by doradzili jak się do niego zabrać.
Tak więc po skończonej wizji podjechaliśmy go zobaczyć i tutaj nagle Pan Darek Tkacz z powiatowego Wydziału Środowiska zainteresował się tą potężną topolą która, rośne sobie przy stawie. Stwierdził on, że to bardzo stare drzewo i jego rozmiary kwalifikują go do uznania za pomnik przyrody. Dowodem na to jest obwód pnia, który wystarczy, że przekroczy u topoli 3 metry.
Zmierzyliśmy więc ten pień i okazało się, że ta węgorzewska topola ma ... aż 5 metrów !!
A ile lat ma to drzewo ? Trudno ocenić może 200, może 300 lat...

Jedno jest pewne, będziemy składać wniosek do Rady Gminy, aby podjęła uchwałę o uznaniu go za pomnik przyrody.

poniedziałek, 8 marca 2010

Niespodzianka na Dzień Kobiet


No to udało mi się zrobić małą niespodziankę! Dziś właśnie odebrałem drogowskazy z numerami domów dla Węgorzewa.
Jest ich 9 sztuk i wyglągają całkiem nieźle z tym sianowskim herbem ... Ciekawe bo dopiero teraz dotarło do mnie, że użycie jego zawdzięczamy temu, że jesteśmy gminą wiejsko-miejską!.(Choć ja wolę używać nazwy Ziemia Sianowska, bo brzmi to zdecydowanie lepiej niż terminologia administracyjno- urzędnicza).
Poczekamy, aż ziemia rozmarźnie i będziemy je stawiać w różnych miejscach naszej miejscowości.

Oj, będzie zaskoczenie, gdy wyrosną wiosną ....

sobota, 6 marca 2010

Cień piromana


Ta rzecz wydarzyła się w wrześniu 2003 roku, gdy odbywały się dożynki gminne w Węgorzewie. Po skończonej imprezie komuś było mało (albo za dużo) i podpalił słomę użytą do dekoracji. Ogień sprawnie ugaszono, ale dorodny klon obok świetlicy został opalony. Drzewo dumnie stało nadal, ale z biegiem czasu widać było, że pień jest chory i coraz słabszy.
A dziś z ciężkim sercem zdecydowaliśmy, o jego wycięciu.
Z ciężkim sercem, bo w tym miejscu zaprojektowaliśmy plac zabaw dla najmłodszych dzieci, a pod tym klonem miały stanąć ławki dla rodziców...
Z trzech dorodnych drzew rosnących w jednym rzędzie pozostał jesion i klon, ale brak tego środkowego jest jak brak jedynki w uzębieniu.
A szkoda, bo i teraz na placu zabaw będzie jakoś łyso, a i dla grających w kosza będzie gorzej, bo chcąc trafić do niego, będą musieli rzucać też pod słońce.
Czasami cień przeszłości potrafi wystawić na piekące słońce...

czwartek, 4 marca 2010

Klangor nad Węgorzewem


Siedziałem na tarasie z kubkiem herbaty, wystawiając twarz do słońca, gdy zza lasu doleciały niezwykłe dzwięki. Wstałem, aby je lepiej usłyszeć i nagle uświadomiłem sobie, że to muszą być żurawie. Tylko one w tak charakterystyczny sposób nawołują się, a kto je raz słyszał, ten je łatwo potrafi rozpoznać.
Niedługo potem od lasu nadleciał piękny siwy żuraw, o długich skrzydłach i nad łąką rozległ się jego klangor.

Odkąd mieszkam na wsi, łatwiej mi zauważyć początki pór roku.
Jesień zaczyna się dla mnie wraz z odgłosem dzikich gęsi, które przez kilka dni lecą klucz za kluczem. Niezwykłe jest jednak to, że słychać je wtedy nawet nocą, jak uparcie lecą na zachód.
A kiedy śnieg powoli ustępuje i mróz trzyma jeszcze w nocy, ale pojawią się już żurawie, to już dla mnie nie jest zima ... to znak, że zaczęło się w Węgorzewie przedwiośnie.

poniedziałek, 1 marca 2010

Obrona Stalingradu

Musiałem dziś wytoczyć ciężkie działa, aby przeforsować przebudowę świetlicy w Węgorzewie zgodnie z naszymi potrzebami.
O tym, że jest kasa na projekt już pisałem, ale pisałem też, że diabeł tkwi w szczegółach...

Jeśli robię coś na poważnie, to robię to tak jak bym to robił dla siebie.
Jeśli ma być fajna sala do imprez, to musi być dostęp słońca i naturalnego światła-dlatego trzeba wybić nowe okna od zachodu KROPKA.
Jeśli będziemy mieli plac zabaw dla małych dzieci, to nie może on sąsiadować z koszmarnie powyginanymi poręczami zniszczonego zejścia do byłej kotłowni - tylko muszą być nowe schody, schowane przy ścianie KROPKA.
Jeśli przenosimy do nowego pokoju bibliotekę, to wejście nie może być szerokości drzwi do kibelka - tylko musi być jak najszersze KROPKA.

Dużo trudu kosztował mnie dziś obrona funkcjonalności projektu i dotarcie z tymi postulatami do osób odpowiedzialnych za przebudowę. Sprawa oparła się o najwyższą instancję w ratuszu i dopiero tam po ciężkich bojach udało się przekazać ją do realizacji projektantowi.

Uff....
Czuję się jak bym wrócił z frontu wschodniego!